piątek, 14 kwietnia 2017

Wyprawy krzyżowe a dzisiejsi „uchodźcy”

Im więcej „uchodźców” pojawia się u bram Europy oraz na jej terenie, tym wyraźniej widoczny jest opór – co prawda szczątkowy – stłamszonego poprawnością polityczną i wielokulturowością (oraz innymi wspaniałymi lewicowymi wynalazkami) społeczeństwa zachodniego. Wiele osób, które dotychczas wyznawały kult świętego spokoju, nagle zauważyło, że wewnątrz ich środowisk narasta gniew i sprzeciw przeciw sprowadzaniu obcych. Nawet lewicujący politycy i intelektualiści namawiają do ponownego przemyślenia kwestii przyjmowania obcych nam kulturowo najeźdźców uchodźców. W tym kontekście warto się zastanowić nad sensem wypraw krzyżowych i ich znaczeniem z dzisiejszego punktu widzenia.

Do niedawna, a w zasadzie aż do zalewu Europy przez uchodźców, wyprawy krzyżowe miały „złą prasę”. Wielu lewicujących intelektualistów, odczuwających swego rodzaju organiczną (a może genetyczną?) niechęć do chrześcijaństwa, a w szczególności do katolicyzmu, starało się za wszelką cenę udowodnić, że krucjaty były zaprzeczeniem idei głoszonych przez Chrystusa i generalnie obnażają hipokryzję Kościoła. Że były źródłem niczym nieuzasadnionej agresji na miłujących pokój mahometan i stanowiły „czarną kartę w dziejach Kościoła”. Że spowodowały niepotrzebny przelew krwi i że były barbarzyńskim atakiem na wolność innych wyznań. Pitu-pitu. Bla bla bla...

Okazuje się jednak, że nasi praojcowie byli o wiele mądrzejsi od naszych obecnych jaśnie oświeconych rządzących i ich pachołków w postaci różnego pokroju lewicowych intelektualistów, dziennikarzy, autorów itp. Doskonale wiedzieli, że kultura Zachodu i kultura Islamu różnią się tak mocno, że nie może być mowy o żadnej symbiozie ani nawet o w miarę pokojowym współżyciu. Współistnienie oznaczało wojnę. A jak wiadomo już od czasów wielkiego teoretyka wojny Sun Zi, czyli od ok. 500 r. p.n.e., trzeba robić wszystko, aby unikać prowadzenia wojny na własnym terenie. Dlatego też ani rycerstwo, ani papiestwo nie czekało, aż muzułmanie dotrą do rubieży ówczesnej Europy, ale postanowili w swojej mądrości wypowiedzieć im wojnę niejako na ich terenie. Mieli ku temu wiele powodów, zarówno politycznych, jak i religijnych. Dzięki temu Arabowie byli trzymani w bezpiecznej odległości od Europy na Bliskim Wschodzie.

Takie postawienie sytuacji jest rozsądne. Walczy się ze znanym wrogiem, gdyż jasne jest, kto jest „my”, a kto „oni”. Front jest bardzo wyraźnie sprecyzowany. Natomiast nasi obecni władcy umysłów postawili wszystko na głowie: zachowują się jak szeryf, który wchodzi do zatłoczonego baru, żeby wyrzucić stamtąd koniokradów, Problem polega na tym, jak ich wyłuskać spośród tłumu? A my jako Europa się znajdujemy w jeszcze gorszej pozycji, gdyż ci ludzie (a przynajmniej znaczna ich część) nie chcą na okraść, a eksterminować.

Czy zatem z dzisiejszego punktu widzenia na wyprawy krzyżowe nadal należy patrzeć jak na średniowieczne bestialstwo podszyte chrześcijańską nadbudową religijną, czy też może jako na wyraz zdroworozsądkowego i dalekosiężnego myślenia ówczesnych decydentów?

Na marginesie obchodów 7. rocznicy katastrofy smoleńskiej

Niedawno obchodziliśmy 7. rocznicę katastrofy smoleńskiej. Ze względu na fakt, że jak na razie nie można stwierdzić, jaki był prawdziwy powód tego zdarzenia (błąd ludzki, awaria urządzeń, ładunek wybuchowy), trudno zabierać głos w tej sprawie, nie posiadając „twardych” dowodów, które w większości znajdują się w posiadaniu Rosjan. Jednak nie o tym chciałem tu pisać, ale o dwóch istotnych tematach, które są niejako wpisane w narrację dotyczącą tej katastrofy i przy każdej związanej z nią okazji wypływają na wierzch, często w bardzo – delikatnie rzecz ujmując – niecenzuralny sposób.

Pierwsza kwestia, który zauważyłem, to bagatelizowanie tej katastrofy. Ze zrozumiałych względów przodują w tej kwestii przeciwnicy polityczni śp. Lecha Kaczyńskiego. Jest do dla mnie zachowanie niezrozumiałe o tyle, że niezależnie od tego, który prezydent zginąłby w wypadku, jest to tak ważne wydarzenie z punktu widzenia politycznego i o ogromnej wadze dla kraju, iż kibicowałbym serdecznie każdemu, kto chciałby odkryć, co tak naprawdę się stało. Bez względu na to, czy byłby to Lech Wałęsa, czy Aleksander Kwaśniewski, czy Bronisław Komorowski, czy Lech Kaczyński. Jak by nie było, ginie jedna z najważniejszych osób w państwie i każda osoba czująca się obywatelem Rzeczypospolitej powinna chcieć dowiedzieć się prawdy o takim jakże tragicznym wydarzeniu. Mam wrażenie, że przeciwnikom śp. Lecha Kaczyńskiego walka polityczna zbyt mocno przysłoniła polską rację stanu i dążenie do prawdy. Tym bardziej, że nie trzeba być ekspertem, żeby zauważyć, że wiele wątków tej katastrofy nadaj pozostaje co najmniej niejasnych.

Druga kwestia, to relatywizowanie stosunku do Rosjan. Ogólnie rzecz biorąc, Rosjanie od jakiegoś czasu (a szczególnie od czasu konfliktu z Ukrainą) nie cieszą się u nas najlepszą prasą. Generalny przekaz jest taki, że „nie lubimy Ruskich” i przypisujemy im, niczym jakimś mitycznym stworom, czyny, o których nie śnili w najdzikszych marzeniach. Oczywiście wszystkich „złych Rusków” personifikuje prezydent Putin, będącu uosobieniem Lewiatana zarówno dla „prawej” jak i „lewej” strony sceny politycznej. (Kierunki umieściłem w cudzysłowach, gdyż umyślnie lub nieumyślnie wprowadzony chaos semantyczny spowodował, że zupełnie nie odpowiadają one temu, co z definicji uważa się za polityczną lewicę bądż prawicę). Jeśliby słuchać i czytać na poważnie większość polskich komentatorów sceny politycznej, to okaże się, że złowrogi Putin ma obsesję na punkcie Polski. Bez mała pół dnia roboczego zajmuje mu knucie spisków przeciwko naszej ukochanej Ojczyźnie, na całą resztę świata poświęcając niechętnie połowę dostępnego czasu. Okazuje się, że największą przyjemność prezydent Putin znalazł sobie w konstruowaniu różnego rodzaju najdzikszych prowokacji przeciwko naszemu mocarstwu w postaci... działań na Ukrainie (oraz czasami też w Polsce w ramach ukraińskich operacji „pod fałszywą flagą”), które mają na celu poróżnić nasze dwa nienawidzące się szczerze kochające się narody: a to jakiś „agent FSB” przywali („prawdopodobnie”) z granatnika w ambasadę polską w Łucku, a to inny „rosyjski agent” wymaluje jakieś głupie napisy gloryfikujące UPA na polskim cmentarzu itp. (Nota bene, dziwnym trafem władze ukraińskie nigdy żadnego nieznanego sprawcy nie złapały – prawdopodobnie ludzie ci posiedli umiejętność zapadania się pod ziemię...). Okazuje się, że naród ukraiński to dla Polaków najdoskonalszy naród na świecie – pozbawiony jest całkowicie elementów wrogich Polsce... Ale do meritum: we wszystkich sytuacjach przedstawia się Putina jako rzezimieszka, krwiopijcę, oszusta, agresora itp. Natomiast w kwestii katastrofy smoleńskiej w szerokich kręgach polskiego społeczeństwa z kompletnie nieznanych powodów uzyskał dyspensę. No bo chyba nikt się nie łudzi, że komisja MAK pod przewodnictwem światłej generał Tatiany Anodiny mogłaby wpisać choćby jedno zdanie do swojego raportu bez aprobaty złego Putina? No a jak wiadomo, raport Jerzego Millera opiera się na w przeważającej większości na ustaleniach komisji MAK. Co prawda wykazano jakieś drobne nieścisłości i zaniedbania ze strony rosyjskiej, ale chyba tylko w charakterze listka figowego. Tak więc ogólnie Putin to kłamczuch, ale jeśli chodzi o katastrofę smoleńską – jest czysty jak łza.

Taką to ciekawą „logiką” posługują się co poniektóre osoby pretendujące do miana intelektualnej soli tej ziemi. 

czwartek, 13 kwietnia 2017

Zrównoważony (niedo)rozwój

Ostatnio zaciekawiło mnie głębiej pojęcie zrównoważonego rozwoju, gdyż miałem okazję zapoznać się z jego bezpośrednim zastosowaniem nieomal osobiście i za Chiny ludowe nie byłem w stanie zrozumieć, czym się ono różni od starego, dobrego komunizmu obleczonego dla niepoznaki w szaty neoliberalizmu (?).

Ale zacznijmy ab ovo, czyli od definicji. We wszechwiedzącej Wikipedii pod hasłem „Zrównoważony rozwój” dowiemy się, że jest to doktryna ekonomiczna, która zakłada utrzymanie jakości życia na poziomie, na jaki pozwala obecny poziom rozwoju cywilizacji. Brzmi nieco tajemniczo. Całe szczęście podana jest również inna definicja, nieco łatwiejsza do zrozumienia dla zwykłego zjadacza chleba: jest to taki rozwój, w którym potrzeby obecnego pokolenia mogą zostać zaspokojone bez umniejszania szans przyszłych pokoleń na ich zaspokojenie. Ponadto napisano, że

doktryna zrównoważonego rozwoju dąży do sprawiedliwości społecznej poprzez między innymi ekonomiczną i środowiskową efektywność przedsięwzięć zapewnioną między innymi przez ścisły rachunek kosztów produkcji, rozciągający się również w bardzo złożony sposób na zasoby zewnętrzne.

Uff! Teraz należy z uwagą zastanowić się nad konsekwencjami tych założeń. Ktoś skądś doskonale wie, jakie będą potrzeby przyszłych pokoleń i zmusza nas do ograniczenia się na rzecz tych – delikatnie mówiąc – mglistych mrzonek. Lecz własny rozwój należy ograniczyć nie tylko ze względu na zapewnienie świetlanej przyszłości naszym dzieciom, wnukom i prawnukom, ale również współobywatelom.

Teraz czas na przykład z życia wzięty. Jeden z moich znajomych współpracujący na zasadzie podwykonawstwa z dużą firmą na początku roku dowiedział się, że zatrudniająca go firma wprowadza zasadę zrównoważonego rozwoju jako swój modus operandi. Nie przejął się tym jakoś szczególnie do momentu, gdy okazało się, że w porównaniu do zeszłego roku zaczął otrzymywać znacząco mniej zleceń. Zaniepokojony tą sytuacją rozpoczął korespondencję z pracodawcą, aby dowiedzieć się, jaki jest tego powód – czy może standard jego usług jest niesatysfakcjonujący albo jego cennik jest zbyt wygórowany itp. Otrzymał odpowiedź, że wszystko jest w jak najlepszym porządku, że firma jest bardzo zadowolona z jego pracy, jednak ze względu na fakt, że nie jest jedynym podwykonawcą, którego zatrudniają, wobec faktu wdrożenia polityki zrównoważonego rozwoju postanowili rozdzielać zlecenia mniej więcej po równo na wszystkich podwykonawców. Oznacza to, że firma postanowiła narzucić swoim podwykonawcom pewien limit finansowy, na który muszą się zgodzić. Nieistotne stało się kryterium ceny i jakości, lecz ilości.

Czy nie brzmi to złowrogo znajomo? Czy nie mieliśmy już do czynienia z takim podejściem w nieco innym wydaniu? Czy nie jest to pogrzeb właściwej dla każdego człowieka chęci rozwoju we własnym tempie i według własnej koncepcji? I czy nie jest do gwóźdź do trumny ludzkiej kreatywności?


środa, 12 kwietnia 2017

„Jenny” Edyty Bartosiewicz a „Jeremy” Pearl Jam

Czy tylko mnie „Jenny” Edyty Bartosiewicz przypomina klasyczny hit „Jeremy” zespołu Pearl Jam?
Albo mówiąc inaczej – czy „Jenny” nie jest aby bezwstydnym, a do tego kompletnie nieudanym „zapożyczeniem” z wielkiego klasyka grupy ze Seattle?

Po pierwsze – spójrzmy na daty. „Jeremy” pojawił się na płycie Ten z 1991 roku.  Utwór „Jenny” pochodzi z albumu Dziecko z 1997 roku, czyli powstał później.

Po drugie – zbieżność tytułów. Oczywiście nie bezwzględna, ale dlaczego Bartosiewicz wybrała akurat imię Jenny, choć przecież miała mnóstwo polskich imion do dyspozycji. A jeśli już tak bardzo mierziła ją myśl o swojsko brzmiącej Jadzi, Julii czy innej Joli, czemu spośród tylu anglojęzycznych imion wybrała akurat nieszczęsną Jenny?

Po trzecie – warstwa tekstowa. Ujmując to w nieomal bluźnierczym skrócie, „Jeremy” opisuje historię piętnastoletniego chłopca, który ze względu na niezrozumienie ze strony rówieśników i rodziców postanawia sobie strzelić w palnik na oczach klasy ze skutkiem śmiertelnym. Natomiast „Jenny” najprawdopodobniej jest – a to niespodzianka! – o kilkunastoletniej dziewczynce, której nie rozumie otoczenie, między innymi matka. Nota bene, nawet na trzeźwo dość trudno jest zrozumieć, o co w tym tekście Edycie Bartosiewicz tak naprawdę chodzi...

Po czwarte – obraz. Oczywiście teledyskowi polskiemu mniej więcej tak samo daleko do finezji i jakości amerykańskiego „oryginału” jak Fiatowi Panda do Bugatti Veyron, niemniej jednak podobieństwa są widoczne na pierwszy rzut nawet kompletnie niewyćwiczonego oka. Jenny nieomal małpuje (oczywiście na miarę swoich możliwości...) zachowanie Jeremy'ego – bazgranie i kreślenie, nerwowa gestykulacja, zrzucanie przedmiotów. Z kolei Edyta Bartosiewicz kopiuje gesty i mimikę Eddiego Veddera – spojrzenia podczas przejazdów i najazdów kamery, kierowanie oczu do góry przy lekko opuszczonej głowie, spoglądanie przez rozpuszczone włosy. Generalnie, jeśli spuścimy zasłonę milczenia na drobne „niedociągnięcia” polskiego teledysku, cała konstrukcja piosenki do złudzenia przypomina utwór „Jeremy”.

Z tego wynika, że klasyka Pearl Jam oddziałuje tak silnie na innych artystów, że pozostają pod jej nieustannym wpływem, nawet tworząc własne utwory, a także, że nasi artyści prawdopodobnie jakimś szóstym zmysłem wyczuwają, jakie tematy warto poruszać w swoich tekstach, aby przyciągnąć fanów.


środa, 27 kwietnia 2016

Niepotrzebne akrobacje językowe w przypadku zapożyczeń

Jakoś tak dziwnie się dzieje, że w języku polskim właściwie nie wiadomo, co robić z zapożyczeniami. Nie ma reguły co do ich pisowni i wymowy. Trochę to dziwne, bo przecież doświadczenie pokazuje, że koniec końców wyrażenia te najprawdopodobniej otrzymają pisownię zgodną z polską transkrypcją. Nie ma się co wstydzić naszej fonetyki. Czy mejl, pendrajw albo fajerłol wyglądają gorzej niż mail, pendrive bądź firewall? Tym bardziej, że przecież mamy stare, dobre fajerwerki oraz drajwery bądź drajwy (w tenisie) czy też inne kartridże i jakoś świat się nie zawalił... Nie mamy obowiązku znać brzmienia wyrazów w językach obcych, więc naturalna tendencja prowadzi do nadawania im polskiego sposobu wymawiania, a co za tym idzie - zapisu. W przypadku automatycznego spolszczania zapisu i wymowy nie byłoby również problemu z poprawną pisownią, wymową i - co chyba najistotniejsze - odmianą takich kwiatków. Przecież pendrive'y naprawdę mogą przyprawić o ból zębów! A może po prostu polski zapis fonetyczny wygląda mniej „pretensjonalnie profesjonalnie” dla zakompleksionych snobów?


środa, 11 listopada 2015

Święto Niepodległości 2015 i bocian od Google'a

Dziś od Google'a z okazji Święta Niepodległości dostaliśmy takie oto coś:


Od rana próbuję nadaremnie przeniknąć mroki tej zagadki, a mianowicie, o co chodzi majstrom z Google'a z tym bocianem? Dawno, dawno temu uczono mnie, że kojarzącym się z Polską i jej historią przedstawicielem ptactwa jest orzeł biały. Ot, choćby taki pamiętny fragment:
Kto ty jesteś – Polak mały
Jaki znak Twój – orzeł biały...
No właśnie – orzeł, a nie jakiś zafajdany bocian. Z tego, co mi wiadomo, godła też na razie nie zmieniono, czyli nadal powinien być na nim orzeł, a nie żabojad. Jakoś również nie kojarzę, żeby kiedykolwiek w historii nasze wojska jako charakterystyczne elementy umundurowania nosiło bociany, a na sztandarach powiewały biało-czerwone boćki,

Tak więc jeszcze raz gratulacje dla Google'a!

No chyba, że jest to jakiś zawoalowany przekaz dotyczący naszej obecnej lub nadciągającej sytuacji w polityce wewnętrznej bądź międzynarodowej, której nam jeszcze nie objawiono, ale o której coś niecoś wie szefostwo Google'a...

Ps. Po napisaniu swoich wypocin zauważyłem, że nie tylko ja się przyczepiłem do tego idiotycznego bociana:
http://wyborcza.pl/1,75478,19174487,pawlowicz-oburzona-na-google-a-za-polskiego-bociana-google.html
Prof. Pawłowicz nie jest bohaterem mojej bajki, natomiast odpowiedź Google'a jest, pisząc krótko i treściwie, kretyńska. Nic w tym oświadczeniu nie trzyma się kupy, nie mówiąc już o logice:
Co roku, kiedy zima zbliża się na południową półkulę, bociany ruszają na północ. Ich podróż jest spektakularna. Pokonują tysiące kilometrów, ponad wzburzonymi morzami, ścigając słoneczne lato. Jedna czwarta z nich kończy lot w jednym konkretnym miejscu - w Polsce. Polska, której niepodległość wspominamy co roku w listopadzie, co roku jest domem dla 40 tysięcy par bocianów. To więcej niż gdziekolwiek na świecie. Dziś świętujemy różnorodność, wolność i naturalne bogactwa Polski.
Czyli te nieszczęsne bociany ruszają na północ, kiedy u nas jest... wiosna, z czego wynika(?), że symbolizują 11 listopada przypadający na jesieni. Poza tym z tego tekstu wynika, że dziś świętujemy Dzień Różnorodności Polskiej Flory i Fauny. Natomiast przynajmniej ja nie znajduję w tym fragmencie jakiegokolwiek wytłumaczenia, jak bocian ma się do Święta Niepodległości.

Myślę, że w przyszłym roku firma Google, jeśli nadal równie wspaniale będzie się rozwijać na tym polu i zatrudniać bystrzachów pokroju typa, który napisał wspomniane wyjaśnienie, może wydać następujący komunikat:
Co roku, kiedy zima zbliża się na północną półkulę, borsuki zaszywają się w swoich norach. Ich sen jest spektakularny. W oczekiwaniu na słoneczne lato chrapią sobie spokojnie, ale czasami wyskakują coś przekąsić, gdyż ich sen zimowy nie jest ciągły. Okres godowy borsuka trwa od lutego do października. Najczęściej do kopulacji dochodzi w sierpniu. Zagnieżdżenie się zapłodnionych jajeczek może być opóźnione na okres 7-15 miesięcy. Ciąża trwa 7-8 tygodni i po tym okresie rodzi się 1 do 5 młodych. Polska, której niepodległość wspominamy co roku w listopadzie, co roku jest domem dla wielu tysięcy rodzin borsuczych. To więcej niż gdziekolwiek na świecie. Ze względu na tryb życia, na borsuki poluje się głównie z zasiadki w pobliżu nory, czekając na ich wyjście lub powrót z żerowania. Wraz z nadejściem sezonu polowań, myśliwi sprawdzają wykorzystywane przez borsuki nory i odchodzące od nor ścieżki. Żeby mieć pojawiające się borsuki w zasięgu wzroku, część używanych otworów zatykają kamieniami lub gałęziami, pozostawiając do obserwacji tylko jedno lub dwa wejścia oraz najczęściej wykorzystywane ścieżki. Dziś świętujemy różnorodność, wolność i naturalne bogactwa Polski.

niedziela, 26 kwietnia 2015

James Comey, Władysław Bartoszewski i sprawa Holokaustu

Śp. Władysław Bartoszewski tuż przed swoją śmiercią zajął stanowisko w sprawie wypowiedzi szefa FBI, Jamesa Comeya, nazywając go „idiotą i kompletnym ignorantem”. Sprawa dotyczyła poniższego fragmentu wypowiedzi p. Comeya:
W ich mniemaniu mordercy i ich wspólnicy z Niemiec, Polski, Węgier i wielu, wielu innych miejsc nie zrobili nic złego. Przekonali siebie do tego, że uczynili to, co było słuszne, to co musieli zrobić.
Wypowiedź p. Comeya jest na pewno szalenie niefortunna, ale należy również dodać, że fragment ten został wyrwany z kontekstu i jest, szczerze mówiąc, nieco tendencyjnie interpretowany (całość wystąpienia można przeczytać np. tutaj). Natomiast dziwi mnie to, że p. Bartoszewski, tak oburzony w tej sytuacji, nie reagował wtedy, gdy przedstawiciele najwyższych polskich władz wyrażali się w bardzo podobnym tonie. Wtedy sumienie p. Bartoszewskiego nie podpowiedziało mu, żeby wyrazić sprzeciw. Weźmy tylko jeden przykład — sprawę Jedwabnego i wypowiedzi polskich prezydentów podczas oficjalnych uroczystości z tym wydarzeniem związanych:
(...) My tu zgromadzeni, wraz ze wszystkimi ludźmi w naszym kraju o wrażliwych sumieniach, wraz ze świeckimi i duchownymi autorytetami moralnymi, umacniającymi w nas przywiązanie do podstawowych wartości, czcząc pamięć pomordowanych i wyrażając najgłębsze ubolewanie z powodu nikczemności wykonawców tego mordu. Wyrażamy nasz ból i wstyd, dajemy wraz naszej determinacji w dążeniu do poznania prawdy, odwagi w pokonaniu złej przeszłości, niezłomnej woli porozumienia i zgody. Z powodu tej zbrodni winniśmy błagać o przebaczenie cienie zmarłych i ich rodziny. Dlatego też dzisiaj, jako obywatel i jako prezydent Rzeczypospolitej Polskiej, przepraszam. Przepraszam w imieniu swoim i tych Polaków, których sumienie jest poruszone tamtą zbrodnią. W imieniu tych, którzy uważają, że nie można być dumnym z wielkości polskiej historii, nie odczuwając jednocześnie bólu i wstydu z powodu zła, które Polacy wyrządzili innym. (...) (Aleksander Kwaśniewski)
(...) Szanowni Państwo, Jedwabne to nie tylko nazwa symbolizująca dramatyczne wydarzenia z czasów II wojny światowej. To także ważny znak w zbiorowej świadomości i pamięci Polaków. Naród ofiar musiał uznać tę niełatwą prawdę, że bywał także sprawcą. Długo trwało, zanim zrozumieliśmy, że przyznanie się do tej winy nie przekreśla polskiej martyrologii i polskiego bohaterstwa w walce z niemieckim i sowieckim okupantem. Że nie oznacza relatywizacji win i wywrócenia proporcji w ocenie historycznych zasług i grzechów. (...) (Bronisław Komorowski)

Przy okazji należy zwrócić uwagę na hipokryzję p. Prezydenta, który sam określił Polaków sprawcami, a teraz uważa wypowiedź dyrektora FBI za „jątrzącą i obraźliwą”.

Natomiast, co ciekawe, nikt, jak świat długi i szeroki, nie komentuje innej części wypowiedzi p. Comeya, moim zdaniem dużo bardziej oburzającej niż wyżej wspomniana:
Jak już powiedziałem, Holokaust był najbardziej przerażającym przykładem bestialstwa w historii świata. Ukazał też jednak w najbardziej przerażający w dziejach świata sposób nasze człowieczeństwo – naszą zdolność do czynienia zła i kapitulacji moralnej.
 Oczywiście, do pewnego stopnia jest to prywatna wypowiedź p. Comeya (gdyż zaczyna się od słów  „Uważam, że...”). Natomiast tutaj p. Comey występował jako bardzo wysoki urzędnik administracji USA i niestety nie reprezentował wyłącznie swoich prywatnych poglądów, ale w pewnym stopniu całe Stany Zjednoczone i wyrażał opinię rządzących nimi elit. Taka interpretacja Holokaustu na pewno wpisuje się w żydowską politykę historyczną i działania organizacji związanych z tzw. „Przedsiębiorstwem Holokaust”. Natomiast inną kwestią jest, czy ma ona jakikolwiek związek z prawdą. Szczególnie dlatego, że przeczy podstawowym faktom znanym z historii. Podejrzewam, że p. Comeyowi nigdy nie przyszło do głowy, żeby sprawdzić choćby ilość ofiar reżimów komunistycznych na świecie (85–100 mln ludzi), które również ginęły w sposób bestialski (np. Wielki Głód na Ukrainie, zbrodnie Czerwonych Khmerów itp. Również inne reżimy, imperia i państwa mają wiele na sumieniu. Tak więc na miejscu p. Comeya nie rozpędzałbym się z „gloryfikowaniem” Holokaustu, a najpierw poczytałbym nieco o zbrodniczej przeszłości (i niestety również teraźniejszości) stworzenia znanego pod dumną nazwą homo sapiens sapiens.

środa, 22 kwietnia 2015

Lista wykluczonych sympatii dla dziecka

Jednym z minusów nieustannego przebywania przez całe życie w jednym miejscu zamieszkania  jest to, że ze względu na pewne perypetie i zawirowania tworzymy sobie jednak dość dużo wrogów. I to częstokroć takich, wobec których nie przewidujemy jakiejkolwiek formy pojednania. W rzeczy samej nie byłoby w tym nic złego, be wrogów nie ma tylko ten, co nic nie robi i wrogowie są naturalną konsekwencją naszych wyborów życiowych. Jednak sprawa się komplikuje w przypadku, gdy posiadamy dzieci. Otóż dzieci w pewnym momencie zaczynają poznawać różnych znajomych, co również nie jest tragedią, bo przecież nawet jeśli trafi na członka rodziny naszego wroga, to przecież nie jesteśmy zmuszeni do spotykania się z jego rodzicami czy innymi krewnymi. Natomiast duży problem powstaje wtenczas, gdy nasze dziecko „zakocha się” w rodzinie naszego wroga. Co wtedy robić? Przecież na „absolutnie nie zgadzam się” względem własnej latorośli jest w tym momencie już za późno, a wizja stania się wspólną rodziną ze śmiertelnym wrogiem spędza nam sen z oczu i przyprawia o arytmię serca. Co zatem robić?

Jednak rozwiązanie jest całkiem proste. Biorąc pod uwagę rzekome słowa Hipokratesa, że „lepiej zapobiegać, niż leczyć”, trzeba wdrożyć w życie taki plan, żeby nasze dziecko miało jak najmniejszą szansę spotkania niechcianego człowieka, a przez to przysporzenia nam kłopotu. Należy zatem zawczasu przygotować listę osób, z którymi nigdy nie przewidujemy żadnej styczności i wyuczenia jej przez dziecko na pamięć. Nawet jeśli mielibyśmy naszemu potomstwu w tym wydatnie pomóc, gra jest na pewno warta świeczki, gdyż dzięki temu zaoszczędzamy sobie mnóstwa nerwów i problemów w przyszłości.

piątek, 17 kwietnia 2015

Częstochowa największym miastem w Polsce? Według Google Maps — tak!

Częstochowa jest ważnym miejscem na mapie Polski. W dużej mierze miały na to wpływ wydarzenia historyczne, dzięki którym powstał na przykład frazeologizm „obrona Częstochowy”, a które wydatnie wpłynęły na dzisiejszy status tego miasta jako ośrodka kultu Matki Boskiej Częstochowskiej. Poza tym mieszkańców żyje tam z grubsza 240 tysięcy i mają dużą hutę.

Oczywiście to, co do tej pory napisałem, to telegraficzny skrót tego, co statystyczny mieszkaniec naszego kraju może wiedzieć o Częstochowie (bez urazy!). Natomiast okazuje się, że dla co poniektórych obcokrajowców miasto to jest jedną z największych polskich metropolii (o ile nie największą). Jak to możliwe?

A zatem otwórzmy mapę Google. Ustawmy ją tak, żeby znalazła się na niej Częstochowa i jakieś inne, większe miasto. Co widzimy? Dokładnie tak — czcionka nazwy Częstochowy jest co najmniej równa czcionce dowolnego większego miasta Polski (Warszawy, Poznania, Wrocławia, Katowic, Krakowa — wymieniam te lezące najbliżej i naokoło), a wydaje mi się nawet, choć tego nie zmierzyłem i nie dam sobie ręki za to uciąć, że może być czcionką większą.

Przeprowadźmy teraz porównanie w drugą stronę. Kielce („Bo to Kielce, Kielce, Kielce są bracie...”, i tak dalej — jak śpiewał przed laty wybitny obywatel tego miasta) albo Radom są podobnej wielkości, co Częstochowa. Ale popatrzmy na mapę — przy Częstochowie są to większe wioski (bez urazy!).

Podobnie sytuacja wygląda na witrynie Flightradar24, ale podejrzewam, że wynika to z tego, że oni również korzystają z map Google.

Generalnie, rozmiar czcionki w mapach Google ma odzwierciedlać wielkość opisywanej przez nią siedziby ludzkiej. Jednak konia z rzędem temu, kto znajdzie odpowiedź na pytanie, dlaczego odstąpiono od tej zasady w akurat w przypadku Częstochowy?

środa, 15 kwietnia 2015

X-Files Mistakes: Talitha Cumi (S3-E24)

[38:00] When Mulder and his informer are fighting, it can be easily noticed that in some shots stunts substitute both actors.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Wetwired (S3-E23)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Quagmire (S3-E22)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Avatar (S3-E21)

[17:50] Scully is twiddling with the cross she is wearing on her necklace, but in the next front shot her hand is lowered. However, in between the shots she does not move her hand.

[19:02] During a post-mortem examination in the morgue, the female victim glimpses, when Mulder turns the light off.

[19:56] Skinner is visited by his wife Sharon and she claims that she has kept ringing and he was not answering his phone. He explains that he unplugged the phone which is quite weird taking into consideration the fact that an unplugged phone never rings.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Jose Chung's “From Outer Space” (S3-E20)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Hell Money (S3-E19)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Teso dos Bichos (S3-E18)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Pusher (S3-E17)

[2:24] It is quite incomprehensible that the column of the police cars with signals turned on and transporting a very dangerous criminal... is waiting on an intersection.

[2:43] It is impossible that Pusher knew beforehand that the truck would be in cerulean blue color.

[3:29] Agent Frank Burst screams “Stop!”, but in the previous shot the police car is already stopped, although deputy Scott Kerber has just pushed the acceleration pedal.

[24:04] Skinner says that he has “a size 7 heel mark” on his face, but at 22:41 it can be easily noticed that Holly wears shoes with a flat heel.

[39:49] Modell says that he has read in Scully’s files that she had shot Mulder, although earlier on Skinner said that Modell checked only Mulder’s files.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

sobota, 11 kwietnia 2015

X-Files Mistakes: Apocrypha (S3-E16)

[3:45] Young Smoking Man looks completely different than in other episodes.

[8:30] After the crash Mulder rests his head on the passenger dashboard, however in the previous shot filmed from the outside he was keeping it on the headrest.

[24:30] The Aristocrat orders an appointment with Mulder in New York “in three hours”, but Mulder at that time is supposed to be in Washington. It could be quite difficult to get to New York from Washington in such a short time.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Piper Maru (S3-E15)

[0:00] The savage team operates in an extremely, almost impossibly calm North Pacific.

[0:45] When divers jump into the water, for a short moment the shoreline is visible in the left side of the screen.

[28:00] Scully says that “It all makes sense”, but in fact nothing makes sense. The first French nuclear explosion took place on February 13, 1960. It is quite incomprehensible why would Frenchmen take their toll to recover an old American A-bomb if they already have their own.

[40:23] In one of the shots Mulder does not grab Krycek's jacket but only presses his throat with his forearm.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Grotesque (S3-E14)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.