środa, 4 lutego 2015

X-Files Mistakes: Red Museum (S2-E10)

[22:59] While talking, Mulder, Scully and the old farmer are leaning against the bar which is absent in the distant take.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: Firewalker (S2-E9)

No apparent mistakes. Congratulations!


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: One Breath (S2-E8)

[14:00] When Mulder is running through the corridor, in the frontal shot the rack is missing and the person on the wheelchair suddenly appears, compared to the back shot.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

X-Files Mistakes: 3 (S2-E7)

[38:27] The room is apparently all lit up, however in the previous shot the Father was standing in some darkened part of the room.


Here you can find other mistakes, trivia, etc. But always remember to verify all mistakes and make your own decision whether they are real goofs or maybe The truth is out there.

niedziela, 1 lutego 2015

Zagraniczne ciągoty polskich pseudonaukowców

Ach! Byle tylko załapać się na jakiś wyjazd zagraniczny, do byle ośrodka naukowego w Niemczech, Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii. Marzenie? Stany, ale to tylko dla wybranych. No cóż, trzeba liczyć siły na zamiary. A co tam — mogłaby być też Szwecja czy Norwegia (chociaż trochę mroczno w zimie i trzeba dużo pić na poprawę nastroju), a w ostateczności choćby Słowacja, bo tam przynajmniej płacą w euro. Byle wyjechać!

Tak myśli gros tzw. polskich naukowców, czyli półgłówków, którzy z racji tego, że na normalnym rynku pracy by sobie nie poradzili, skleili się z uczelnią za pomocą wszystkich możliwych sposobów (z naciskiem na słowo „wszystkich”). Tak, tak — odbyłem kiedyś ciekawą rozmowę z moim — pożal się Boże — promotorem, który na pytanie, kto zostanie w tamtym roku przyjęty na wolne stanowisko w naszym zakładzie, odpowiedział bez cienia zażenowania: „Wie pan, zatrudnimy panią X. Co prawda pan Y też się stara, ale on jest lepszy, zna języki, umie programować... Poradzi sobie. A pani X? Ona pochodzi z jakiejś małej wsi niedaleko A, tam nie ma żadnych perspektyw. Trzeba pomóc dziewczynie”. No więc to tyle, przynajmniej z mojej strony, na temat nowego „narybku” naszych światowej sławy uniwersytetów i instytutów.

Ale wróćmy do meritum. Więc nasi geniusze za crème de la crème życia naukowego (i chyba w ogóle życia) uważają wyjazd „za pieniądzem” na zachód, a w każdym razie tam, gdzie ktoś im zapłaci tyle, że mogą swobodnie wynająć jakąś klitę w najtańszej dzielnicy, wyżyć na konserwach i uciułać miesięcznie choćby te 200 euro. Potem takie panisko wraca po kontrakcie, kupuje sobie nową Dacię Duster i cieszy się szacunkiem kolegów i koleżanek, którzy przy okazji ogromnie mu zazdroszczą, że otarł się o wielki świat. Staje się to również dla niego przepustką do dalszej kariery, bo przecież dzięki wyjazdowi poznał „fachowców pokroju światowego” i być może będzie w stanie swoim pretorianom załatwić jakiś wyjazd, choćby i nawet na tę Słowację.
Oczywiście nikt przy okazji nie zajmuje się takimi bzdurami, że jadąc nam, nasz fachura był tylko i wyłącznie zatrudniany w charakterze taniej siły roboczej jako polski Murzyn, który będzie pracował za dwóch i wykonywał każdą czarną robotę (w sensie naukowym oczywiście), której nie podjąłby się nikt inny, a już na pewno nie za takie pieniądze. Ze znajomościami też raczej krucho, no bo powiedzmy sobie szczerze — jaki niby interes ma dyrektor dowolnego zachodniego (i nie tylko) ośrodka w tworzeniu „współpracy” lub utrzymywaniu dalszych kontaktów z naszym poczciwym Murzynem? Murzyn zrobił swoje, Murzyn może odejść.

Śnią mi się po nocach takie obrazy. Jestem we Lwowie podczas 20-lecia międzywojennego. Dochodzę do placu Akademickiego. Jest już późno, więc wchodzę do kawiarni, siadam przy stoliku i zamawiam koniak z kawą. Przyglądam się klientom. W przeciwległym końcu sali siedzi kilku facetów przy dwóch stolikach. Przy pierwszym jeden śpi, kompletnie zamroczony spożytym alkoholem, trzech gra w brydża „z dziadkiem”. Widać, że rozbawił ich śpiący kolega: „Głowa to u Kaczmarza zawsze była nietęga!”. Przy drugim stoliku — płomienna dyskusja. Wychwytuję jedynie poszczególne słowa: „analiza funkcjonalna”, „teoria miary”, „przestrzeń unormowana”. Nagle młody człowiek siedzący przy stole, z wyglądu Żyd, zwraca się podekscytowany do mężczyzny w średnim wieku, najwyraźniej najważniejszego w tym towarzystwie: „Doktorze Banach, chyba mam... Chyba znalazłem.. To chyba dowód!”. Mężczyzna patrzy dobrotliwie na młodzieńca i spokojnie mówi: „Pokaż Stasiu, sprawdzimy, czyś gdzieś jakiegoś minusa z plusem nie pomylił. Aha, a w międzyczasie kopsnij no się i przynieś jeszcze jedną butelczynę!”. Reszta się śmieje. A ja wreszcie zaczynam rozumieć — odchodzę od stolika, wychodzę na chwilę na zewnątrz, żeby sprawdzić szyld: tak, jestem w Kawiarni Szkockiej.

Jakoś chłopakom udawało się tworzyć matematykę na światowym poziomie na miejscu. Dało się. Szkoła Lwowska jest tutaj tylko przykładem, a przecież dotyczyło to wielu ośrodków w tamtejszej Polsce. A teraz? Kto by z własnej i nieprzymuszonej woli chciał przyjechał do nas „uprawiać naukę”? Ukraińscy studenci, którzy szukają tutaj trampoliny w drodze na Zachód?

W kwestii jasności: nie jestem absolutnym przeciwnikiem wymiany naukowej. Natomiast uważam, że nie może się ona stać motorem napędowym wszystkich działań związanych z nauką. Przecież nie trzeba posiadać szczególnie przenikliwego umysłu, żeby z historii nauki wydedukować, że wielkie odkrycia wcale nie powstawały na wyjazdach naukowych. Newton nie korzystał z Erasmusa, Einstein nie był stypendystą Marie Curie, a Max Planck chyba nigdy nawet nie wyjechał poza Niemcy. W końcowym rozrachunku naukę tworzą otwarte, nieprzeciętne umysły i odpowiedni klimat.
Nie uważam też, że wszyscy naukowcy są kretynami do potęgi, bo znam kilku ludzi nauki wielkiego formatu. Tyle, że tym osobom wcale się nie spieszy do wojaży zagranicznych. Znają swoją wartość i wiedzą, że tutaj właśnie tworzą naukę, która jest na poziomie światowym. I to do nich przyjeżdżają studenci i sławy z zagranicy. Marzy mi się, żeby tak to właśnie wyglądało w jak największej ilości dziedzin.

Co Wiktor Suworow naprawdę myśli o gen. Jaruzelskim?

Ponieważ lubię zarówno sposób pisania, jak i myślenia Wiktora Suworowa (a właściwie to Władimira B. Riezuna, nota bene dość ciekawe nazwisko jak na pół-Ukraińca...), więc zaczytuję się, choć nie bezkrytycznie, w jego książkach oraz szukam jak najwięcej informacji o nim za pomocą wszystkich dostępnych kanałów. I oto na portalu WP znalazłem taki oto wywiad:

Wiktor Suworow dla WP: gdyby nie było stanu wojennego, armia radziecka weszłaby do Polski

Delikatnie mówiąc, zbiło mnie to z tropu, gdyż — jak do tej pory — nie znalazłem aż tak olbrzymich nieścisłości w myśleniu Suworowa. W skrócie, przy założeniu, że nie ma tu żadnej manipulacji, wygłasza on w tym wywiadzie tezę, że gdyby Jaruzelski nie wprowadził stanu wojennego, Armia Radziecka wkroczyłaby do Polski tak samo, jak wcześniej na Węgry w 1956 roku czy do Czechosłowacji w 1968 roku. (Zasadniczo to nawet nie musiałaby wkraczać, bo przecież stacjonowała u nas w dość sporych ilościach jako Północna Grupa Wojsk Armii Radzieckiej.) Tak więc wynika z tej wypowiedzi, że Jaruzelski „uratował” Polskę przed interwencją ZSRR. Czyli logicznie rzecz biorąc, powinno się go traktować jako bohatera.

Porównajmy teraz tę opinię ze słowem pisanym, a konkretnie pisanym w książce bohatera tego posta „Alfabet Suworowa” wydanej przez Dom Wydawniczy Rebis w 2014 roku. Na stronie 96 pod hasłem „Jaruzelski” autor napisał:
Ten człowiek służył w tej samej armii, co pułkownik Ryszard Kukliński, a wybrał zupełnie inną drogę. Drogę hańby. Był to wielki oportunista i zdrajca Rzeczypospolitej.[...] Historia powtórzyła się w 1980 roku, gdy w Polsce wybuchł festiwal Solidarności. Sowieckie politbiuro zapytało wówczas szefa GRU: „Jak zachowa się polska armia, jeśli podejmiemy interwencję zbrojną?”[1]. Odpowiedź znów była krótka: „Armia polska zrobi to samo, co w 1939 roku. Czyli będzie się biła”. [...] Był to jeden z powodów, że Moskwa zrezygnowała z jakiejkolwiek myśli o interwencji w Polsce. [...] Na nurtujące Polaków pytanie „Weszliby czy nie weszli” Wiktor Suworow odpowiada: „Nie weszliby”. Ryzyko było zbyt duże.  
Powyższego cytatu nie ma sensu komentować, bo mówi on sam za siebie.

Zatem należałoby zadać pytanie Wiktorowi Suworowowi, którą z tych wersję mamy traktować jako jego oficjalną opinię w tej kwestii?

[1] I jeszcze coś gwoli ścisłości na temat słów „Armia polska zrobi to samo, co w 1939 roku. Czyli będzie się biła”. Otóż z armia polska z Armią Czerwoną praktycznie się nie biła. Stawiała opór, ale nie było regularnej wojny obronnej. Stało się tak ze względu na dyrektywę ogólną Marszałka Rydza-Śmigłego z 17 września 1939 roku:
Sowiety wkroczyły. Nakazuję ogólne wycofanie na Rumunię i Węgry najkrótszymi drogami. Z bolszewikami nie walczyć, chyba w razie natarcia z ich strony lub próby rozbrojenia oddziałów. Zadanie Warszawy i miast, które miały się bronić przed Niemcami – bez zmian. Miasta do których podejdą bolszewicy, powinny z nimi pertraktować w sprawie wyjścia garnizonów do Węgier lub Rumunii.

Rozrywki — towar luksusowy w obecnej Polsce

Niestety z każdego centymetra przestrzeni publicznej płyną oznaki, jakim to przyjaznym obywatelowi i rodzinie krajem jest obecna Polska. Weźmy chociażby przykład rozrywek, które nawet najbardziej spracowanym niewolnikom są potrzebne, żeby złapać oddech przed kolejnym tygodniem harówki na podatki, ZUS i inne daniny dla naszego kochanego aparatu rządzącego.

Idziemy do kina. Niech nawet będzie, że jedynie we dwoje. Wybieramy seans, podchodzimy do kasy, a tutaj czeka nas dość nieprzyjemna niespodzianka. Okazuje się bowiem, że jeśli nie uzbieraliśmy jakichś specjalnych kodów, papierków od cukierków czy punktów lojalnościowych (w przypadku których trzeba wydać 1000 zł, żeby „odzyskać” 10 zł), to same bilety będą nas kosztować minimum 50 zł. Czyli tak z grubsza statystyczny Kowalski musi harować pół dnia, żeby mógł potem przez 2 godziny wpatrywać się w akcję na wielkim ekranie. Powiedzmy to komuś z dowolnego cywilizowanego kraju - gwarantuję, że będzie mu ciężko uwierzyć.

Ale przecież skoro cały tydzień siedzimy w pracy, to przynajmniej w weekend chcielibyśmy zażyć nieco ruchu. A skoro na przykład mieszkamy niedaleko gór, a dodatkowo mamy zimę, to może by tak wybrać się gdzieś z całą rodziną na narty? Sprawdźmy zatem, czy nas stać.
Przyjmijmy, że jedziemy czteroosobową rodziną do przeciętnego ośrodka narciarskiego, na przykład gdzieś w powiecie nowotarskim. Nie będziemy szaleć i żeby było taniej, kupujemy karnety tylko na połowę dnia. Dla osoby dorosłej cena takiego karnetu to minimum (absolutne) 50 zł, dla dzieci (ze zniżkami) 35 zł. W sumie na same karnety wydamy minimum 170 zł. Do tego trzeba doliczyć paliwo, niech będzie tylko na 100 km w obie strony, czyli około 30 zł. Zatem taki wyjazd jest okupiony mniej więcej dwoma dniami zapieprzu przeciętnego polskiego pracownika. Nie wliczam tu już żadnych dodatkowych luksusów typu jedzenie na stoku, bo przecież polski niewolnik może sobie przygotować kanapki i herbatę w termosie na wyjazd, nieprawdaż? A co, może nie może?